|
|
|||||||||
| αρχη | blog.pl | xięga | |||||||
szum termiczny układa się we wzorce wyryte na ścianach mojego wszechświata przez eksplozje bytów obecnie wymarłych. puste jęki i tęsknoty, bez desygnatów. trochę to nieprzyjemne tkwić w tym śmietnisku kosmicznych trupów, niegdyś kwitnących światów, magicznych sadów i pól różanych.
dostałem kiedyś kilka kart, całkiem dobrych kart. lecz trzeba też wiedzieć, jak takimi kartami zagrać. ja nie wiedziałem.
sytuacja życiowa się zmienia i rozwija, ale podstawowe ustawienia pozostają niezmienne. raz wylosowane karty ciężko jest potem wymienić. czasem jednak się udaje. odpowiedni zbieg okoliczności, odpowiednie zagranie, słuszna decyzja. i coś się zmienia u samych podstaw.
wciąż nie wiem, jak prowokować takie sytuacje, w dużej mierze są kwestią przypadku.
a pozostało jeszcze pare źle rozegranych kart do wymiany.
W pewnym momencie swojego życia doszedłem do przekonania, że sensem życia jest samo życie. Pamiętam dobrze ten moment, a w szczególności miejsce, które to z perspektywy czasu wolałbym nigdy nie widzieć, a co dopiero tam przebywać o 2 w nocy. Przez samo życie nie rozumiem w zasadzie nic konkretnego, jest to tylko taki szyld mający sugerować, że źle bym się czuł umierając z przekonaniem o nie wykorzystaniu czasu, jaki dany był mej świadomości na jej frywolną egzystencję. Przekonanie to tkwi we mnie głęboko, zbyt głęboko by wręcz by mieć jakiś większy wpływ na życie, być może ze względu na jego ogólny charakter, który nienajlepiej oddaje szczegółowy charakter rzeczywistości ("Świat to zbiór faktów" -- Witt.) Co więcej nie jestem przekonany w jakich kategoriach miałbym rozpatrywać niektóre fragmenty tego życia, będąc już na łożu śmierci -- napewno nie były czasem zmarnowanym, daleko im jednak do bycia tymi pożądanymi; problem jest jednak pozorny -- leżenie na łoży śmierci nadaje taki dystans wobec tych wszystkich epizodów, że stają się ledwie pustymi łuskami zamykającymi się wokół nieśmiałego echa smutku. Wracając jednak do wpływu tego przekonania na aktualne życie (trzy zdania temu), jest on irytująco przemożny, szczególnie wtedy, gdy w trzeciej/czwartej godzinie pracy niespodziewanie zyskuję czas na jakieś tam przemyślenia, ale te przemyślenia przychodzą nie byle jakie, bo odrazu z serii "co ja tu k... robię?!", "za takie pieniądze jak ta k... tania kawę tym debilom robię" i podobne refleksje typowego przedstawiciela servant-class polskiego pochodzenia. Czas zmarnowany na tkwieniu w tym obcym świecie, czas, który nie przełoży się na oczekiwane zyski, czas, który mógłbym spędzić gdzie indziej, przy tej jednej osobie, przy której czas już kompletnie traci na znaczeniu. Owoce nowego życia mają tendencje do wzajemnych kolizji. Bóg nie jest cyniczny; po prostu świat, który jeszcze całkiem nieźle kontrolował jakieś pięć wieków temu teraz już zupełnie zwariował, w świetle czego boski cynizm staje się zwykłym mechanizmem obronnym tej zdezorientowanej nieskończonej istoty. Swoją drogą -- czy Bóg potrzebuje sensu swego istnienia? gdzies daleko, tak bardzo daleko od domu, siedze na imprezie z ludzmi, ktorych jezyka niemal nie znam. impreza umiera, i pojawia sie nowy lacznik, ktorego korzenie siegaja moich czasow liceum, a ich... nie wiem, moze to byl tez ich jakis wazny okres dojrzewania? muzyka, bo o niej mowa, to niesamowity lacznik, transcendentalny przekaznik czystych emocji, referencja do uczuc, opis czystej istoty w wykonaniu pink floyd. odzywaja zapomniane emocje tylko po to, bym wiedzial jak daleko jestem od tego wszystkiego, z czego juz dawno wyroslem. Gdzieś we mnie zalęgło się Nowe Życie. Jest jeszcze kruche i delikatne, wciąż muszę je doglądać, czasami wręcz podtrzymywać. Otacza je ze wszystkich stron trup dawnego życia. Ja te dawne życie obcinam, ale cały mój brak: zrozumienia, ogarnięcia jak to się mogło stać, możliwości racjonalizacji, umiejętności pogodzenia się z tym... rodzi jakąś paskudną zgniliznę, której smród wciąż nie daje mi zasnąć. A muszę to wyprzeć z siebie. Bo obecność tego niepojmowalnego układu fragmentów świata powoduje, że robię się zły. Złośliwy. Że oddzywa się we mnie jakaś straszna natura, że zapadam się jeszcze głębiej, bo nie tylko nie rozumiem tego, co się stało z tym cholernie istotnym aspektem rzeczywistości zewnętrznej, ale i nie rozumiem tego, co się dzieje ze mną. Jakoś tę namiętność głęboką okiełznać potrafię jedynie wrogością. Wrogością do niej, i do mnie samego, jakby część pragnąca była czymś obcym, a napwno niechcianym, co utnkęło boleśnie w środku najczulszego fragmentu duszy. Moje obecne życie to ucieczka. Kieruję się w stronę światełek, które migotają zawieszone w przestrzeni dookoła. Próbuję pierwszych lotów z odrastającymi skrzydłami, choć niebo wciąż tak straszliwie odległe. Byle nie tu. Największe zagrożenie dla mnie jest jednak we mnie, i przed nim uciec nie potrafię. Czekam na chwilę, gdy będę mógł znowu tak lekko odetchnąć, jak potrafiłem jeszcze kilkanaście miesięcy temu. Gdy za wszystkimi tymi radościami, których tak konsekwentnie szukam, nie będzie czaił się upiór pamięci rozszerzonej żalem. Narazie staram się chronić płód Nowego Życia. Wszelkimi sposobami. konflikt to tragiczny. obrazić się musiałem, nie było innego wyjścia. pogrywany, pomiatany, ignorowany... cóż miałem uczynić? czy może ludzką rzeczą jest nastawiać karku? nie, ludzką rzeczą jest stawać naprzeciw rzeczywistości, dokonywać wyborów, ponosić konsekwencje. nawet, jeśli konsekwencją jest widok najważniejszej osoby w życiu, zasiadającej w najdalszym wagonie pociągu życia, obok kogoś innego. konsekwencje, konsekwencje. za złość płacę wysoką cenę. jakoś tak wyszło. w ogrodzie mego serca wszystkie róże już uschły. badyle sterczą z poustawianych w linii czasu dzbanów z obcą ziemią. tym starszym powyrywałem już wszystkie kolce, i schowałem w pudełeczku nastawień i pragnień. te młodsze jednak nie do końca są martwe — kolce im wciąż odrastają, jak zawsze w najbardziej ocienionym miejscu, jak nigdy twarde i ostre. i tylko czekają, aż o jakiś zahaczę gdy przypadkiem wpadnę do ogrodu, by móc całą mocą swego milczącego jestestwa rozpruć którąś z tych poziomych blizn. ale to przecież nie jest wina róży, że ma kolce. to czasoprzestrzeń mego serca tak pokracznie przemienia jej zwyczajne liście, te zmaterializowane potrzeby chłonięcia ukierunkowanego światła. pamiętam, że młode róże — te, które wyrastają z ziemi nieznanej — nie mają kolców, za to całą mnogość liści. są nietknięte przez metamorfozującą fantazję serca. albo jednak tknięte, tyle że na początku serce im liści dodaje, a na końcu — ostrzy te napotkane. teraz zajmuję się konstrukcją takiego słońca, które potrafi oświetlić liście i schować kolce u róży, a jego moc wesprze jej pełen, długotrwały rozkwit. a może mógłbym po prostu ubrać grubsze rękawiczki? ciało przykute lekko oszołomione bo wciąż bez głowy głowa uciekła bo nie wierzyła w bogów, s. i m. a oni istnieją i kawał ciału zrobili nawet przykuli je do drzewa na przeciw stało dziecko zaskakująco zręcznie operujące brzytwą życie (czas.) - prowizorka przetykana dogmatami uzasadnianalnymi jedynie wychowaniem i naiwnością; pojęcie nieredukowalne, bez uzasadnienia, sensu i celu, mające charakter terminalny. gdyby teoria samolubnego genu była prawdziwa, już dawno wytworzylibyśmy mechanizmy rozsiewania retrowirusów zamiast bawić się w te żałosne podchody. czemu patrzysz tak dziwnie widzisz to, czego nie powinieneś wiedzieć nie patrz nie wiedz niekochany nie stoję żebyś patrzył kochanylubianyszanowany docenianygłaskanyniezapomniany a czy widzisz jak gniję? jak ciało odpada odemnie płatami i serce jest martwe i dusza jest martwa ale serce to tylko mięsień, pompa ale dusza to fantazm, nie ma jej i nigdy nie było zorientowała się wcześniej co się kroi jak jeszcze w łonie byłem jutro wrócę do tego łona będę gnił znów bezpieczny potem odwiedzę inne łono ale tylko na chwilę choć nie całkiem wyjdę coś zostawię zgniliznę aby powstało z niej nowe śmiercie bezpieczneszczęśliwe bo martwe nieumiera przy każdym oddechuspojrzeniu przy każdej myśli cyniczny potwór? dostałby to czym odycham na co patrzę o czym myślę bo jemu by nie zależało więc jemu by się należało zupełnie jak tobie świat nie jest zaplanowany; a jednocześnie wszystko jest tak boleśnie do przewidzenia. a na samym dnie szklanki z herbatą ukaże się uprzejmnie uśmiechnięty demon laplace'a to oczywiste, że po śmierci pójdziemy tam, gdzie sobie wyobrażamy, że pójść powinniśmy. nikt nie jest w stanie udowodnić, że jest inaczej. więc sobie tak egzystujemy na tej planecie, i prześcigamy się w wymyślaniu coraz bardziej wyszukanych piekieł. czasem, gdy stoję na peronie, patrzę na zbliżający się pociąg, ogarnia mnie nagle silny strach; oglądam się szybko za siebie, bo boję się, że ktoś mnie chce wepchnąć pod pociąg. może opuszczając jeden dom, w drodze do drugiego... może wtedy nić życia najsłabiej oplata swój kawałek wieczności? czasem, gdy wsiadam do pociągu -- znikam; pojawiam się znowu na stacji końcowej. te trzy godziny spędzam wtedy w innym świecie, w świecie pomiędzy światem a światem. może gdy nie mam domu, nie należę już do tego świata? nie, przecież ja nie należę do żadnego świata. czasem, gdy wysiadam z pociągu, ogarnia mnie niepokój. znowu wracam do nie swojego domu. świat, dwa światy, trzy światy, a żaden mój. żaden dla mnie. tylko ja, zawieszony w sieci obcych, których kocham, a czasami nawet lubię. jej oczy zasnute miłością nasze usta zbliżają się gwiazdy spadają wbijam nóż między jej żebra osuwam się bezsilny zmierzch ciemniejący błękit ugasił ognie horyzontu z xiężyca sypią się demony ulica się nimi wypełnia mijam je, próbuję ignorować ulica się rozmywa wybucha kolorami łzy rozszczepiają światło indywidualizm... co za kuszące pojęcie. zaznaczenie własnego ja. określenie granic. wiara we własną wartość. poczucie siły z bycia kimś, jakąś konkretną jednostką. i samotność. jakoś tak to się składa, że określenie siebie łączy się z odcięciem się od innych. to taka upojna wiara w samostanowienie, w tą dziką wolność od innych, od grupy. indywidualista nie wierzy w innych. nie pakuje się z własnej chęci w układy, które mu tą wolność odbiorą. w tym świetle nie da się rozszerzyć pojęcia wolności. wiara, że zgadzając się na te układy towarzyskie, jest wolny, bo wypływają one z jego woli, jest naiwna. to tylko prosta wymiana – oddaje swą wolność, a ludzie wypełniają tę pustkę zwaną samotnością. lecz samotność to narkotyk, istotna część indywidualizmu. nie można tego mylić – indywidualista nie jest indywidualistą, bo chce być samotny. to indywidualizm zaczyna się w momencie zauważenia własnej samotności. tych otchłani, których nigdy nikt inny nie spenetruje, a które patrzą wciąż na nosiciela, tak jak on patrzy w nie. im mocniej, tym głębiej. im głębiej, tym mocniej. otchłań opanowuje równie silnie, jak dobrze jest poznana. lecz czy to nie jest jakieś wielkie nieporozumienie? jak to możliwe, że człowiek, tak nędzna istota, ma w sobie coś tak potężnego, co potrafi wyrwać go z gatunku, zostawić samego w świecie, i uzmysłowić jego nędzną pozycję? skąd wzięło się tyle treści w tak nędznej formie? jeśli miałbym ujrzeć siebie w przyszłości, potrzebowałbym stłuczonego lustra. jakieś moje *ja* piszczy we mnie żałośni, obdarte z wiary i romantyczności. umiera. czy to tak ma właśnie wyglądać? mam przyjąć jakiś okropnie fenomenalistyczny sposób widzenia świata? dlaczego, gdy oczekuję czegoś spod powierzchni, jakiejś czystej istoty, zatapiam się w drutach kolczastych? dlaczego, gdy to ja mam wyłuskać kochającą istotę z siebie, okazuję się być pustynią? dlaczego trybiki tego świata i moje, są tak okrutnie pozbawione szansy zazębienia? ten świat nie jest ze mną zgodny. wymaga bym zmieniał się, dostosowywał, a co w zamian? mroczna otchłań pożerająca całe piękno, które jestem w stanie wytworzyć, które tylko ja cenię, choć i we własne zdolności oceniania wątpię. oddzielam się od otchłani murem, znów, znowu będę bał się go skruszyć. |
|||||||||